PL EN

Harvard jest w nas

Jednym z głównych projektów Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego od lat jest umożliwienie studiów na czołowych uczelniach świata 100 uzdolnionym i pracowitym studentom. W 2016 roku rząd chce przeznaczyć na ten cel 18,5 miliona złotych, a do 2025 roku 336 mln złotych, czyli na dwa lata studiów magisterskich zakwalifikowany student dostanie średnio 370,2 tys. zł.

Przedstawiciele parlamentu studentów RP aprobują projekt, lecz koncentrują się na technicznych kryteriach towarzyszących selekcji kandydatów i rozliczeniu zobowiązań otrzymującego stypendium. Pytają m.in., czy opłacanie składek na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne przez pięć lat oraz ukończenie studiów doktoranckich w Polsce rzeczywiście gwarantuje, że absolwent podejmie pracę w kraju?

Środowisko akademickie na ten temat milczy, tak jakby go wcale nie dotyczył. Ot, 100 studentów mniej lub więcej w skali miliona studiujących nie robi różnicy. Być może jednak faktyczną przyczyną milczenia jest swoisty wizerunkowy szantaż towarzyszący rządowym stypendiom. W tle brzmi bowiem nuta: Niech każdy, kto wątpi w jego zasadność, zmierzy siebie i swój uniwersytet kryteriami „najlepszych w świecie”.

Oceńmy jednak zasadność rządowych stypendiów za pomocą podstawowych kryteriów racjonalnej polityki publicznej. Kryteria te wynikają z podstawowych funkcji wyższych uczelni, czyli rozwoju wiedzy i jej przekazywania (kształcenie), potwierdzania poziomu posiadanej wiedzy wydawanymi dyplomami oraz wspierania rozwoju osobistego i merytokratycznych karier swoich absolwentów.

Zdobywaniu wiedzy służy dostęp do jej zasobów, opieka ze strony kompetentnego specjalisty/wykładowcy oraz własna motywacja kształcącego się. Dziś zasoby wiedzy – najlepsze i najnowsze artykuły i książki – dostępne są „za kliknięciem myszki”. Polska przecież ma już za sobą 25 lat transformacji, która otworzyła ją na świat, dekadę erasmusowych wyjazdów polskich studentów do europejskich uczelni czy rewolucję internetową umożliwiającą dotarcie zasobów wiedzy nawet pod bieszczadzką strzechę. Dzięki finansowemu wsparciu ministerstwa nauki przeciętna polska uczelnia posiada bogatszą subskrypcję akademickich baz wiedzy niż wiele uczelni w Europie Zachodniej czy w Stanach Zjednoczonych. Na język polski przetłumaczone zostały główne podręczniki służące do nauczania w bardziej uniwersalnych i naukowych dyscyplinach. Jeśli wykładowcy nie wiedzą, jakich treści uczyć, to w sieci dostępne są (chronione przez zasady Creative Commons) sylabusy i materiały kursowe. Niektóre uczelnie, w tym renomowany MIT, celowo otwierają zasoby kursowe dla wszystkich zainteresowanych, uznając, że w obszarze treści nie ma sekretów, nie ma nic do ukrycia. Trudno mi sobie wyobrazić, aby polski student studiujący w czołowych uczelniach w kraju nie miał dostępu do wyników najnowszych badań czy najlepszych artykułów. Jeśli natomiast miałby wątpliwości co do wykładowcy, który prowadzi jego kurs, to w domu, jeśli nie pod studencką ławką, może przełączyć się na wykłady nadawane w ramach MOOC (Massive Open Online Courses), oferowane bezpłatnie i obejmujące prawie każdą akademicką dziedzinę. Wiedza stała się globalnym dobrem publicznym, dostępnym za niewielką cenę w każdym zakątku świata, w tym i w Polsce. Za dostęp do wiedzy nie trzeba przepłacać!

Studiowanie w danej uczelni nie ogranicza się wyłącznie do zdobywania wiedzy. Po formalnym ukończeniu studiów otrzymuje się dyplom danej uczelni, który dla absolwenta trafiającego na rynek, jest jak papier wartościowy, mniej lub bardziej atrakcyjny dla pracodawców. Reputacja uczelni przyciąga ambitnych studentów, a ich przyszłe kariery będą potwierdzać jej wysoką jakość. Owa percepcja jakości jest więc niesłychanie ważna. Często opiera się na pozycji danej instytucji akademickiej w różnych rankingach, w tym na tzw. liście szanghajskiej. W znacznej mierze rankingowa jakość uczelni wynika ze zdolności publikacyjnej jej pracowników, a nie tylko z jakości kształcenia. Wniosek taki potwierdzają słynne już quasi-eksperymentalne badania Stacy Dale i Alana Kruegera. Pokazali oni, że studenci, którzy aplikowali do wybranych uczelni Ligi Bluszczowej, a nie podjęli w nich studiów, osiągali sukcesy zawodowe i zarobki nie niższe niż absolwenci tych uczelni. Wbrew autopromocyjnym reklamom wielu elitarnych uczelni, to nie kształcenie się w nich jest decydujące, ale jakość kandydata, to, czy nadawałby się na studia w takiej instytucji.

W dobie szybkiego przepływu informacji percepcja wizerunku uczelni ma zasadnicze znaczenie dla jej zdolności do przyciągnięcia dobrze przygotowanych kandydatów. Gdy o zagranicznego studenta toczy się konkurencyjna walka i wiele krajowych uczelni staje się miejscem kształcenia licznych, m.in. ukraińskich czy chińskich, studentów, stypendia polskiego rządu mówią „strzeż się tych miejsc”, czyli polskich uczelni.

W końcu studiowanie w danej uczelni to okazja do poznania i zaprzyjaźnienia się z rówieśnikami, którzy kiedyś zrobią karierę i nam w karierze mogą pomóc. Z pewnością w uczelniach Cambridge (USA) łatwiej spotkać dzieci szejków, rosyjskich miliarderów czy przyszłych amerykańskich prezydentów. Trudno o dobre i trwałe relacje z nimi bez wspólnego studiowania. Znajomość z globalną elitą biznesową i polityczną to z pewnością ważny i praktyczny, lecz prywatny cel studiowania w uczelniach Ligi Bluszczowej – tam odtwarza się amerykańska elita władzy i pieniądza. Oprócz elity wpływu i pieniądza czołowe amerykańskie uczelnie chętnie przyjmują najzdolniejszą młodzież, oferując im stypendia pokrywające koszty studiów i utrzymania. Stać je na to, gdyż dysponują znacznymi, powstałymi z darowizn funduszami (endowment fund). Według danych na koniec 2013 roku wartość funduszu Harwarda wynosiła 32,7 miliarda dolarów, Yale – 20,7, a Princeton – 18,8. Według portalu usnews.com zainwestowane fundusze przyniosły roczną stopę zwrotu rzędu 7,6%. Oznacza to, że z samych odsetek Harward może rocznie sfinansować wydatki rzędu 2,4 miliarda dolarów. Czy takiej uczelni do czegokolwiek potrzebne jest czesne? Jeszcze kilka lat temu profesor Barbara Kudrycka, Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego, zapowiadała, że za jej urzędowania jedna z polskich uczelni trafi do pierwszej szanghajskiej setki. Ambicję tę warto było chwalić, gdyż oznaczała ona dążenie do budowania akademickich instytucji, które rozwijają wiedzę i kształcą na światowym poziomie. Za tymi zapowiedziami poszły pewne działania (w tym projekt KNOW) oraz pieniądze. Jednak w warunkach prawa obowiązującego w Polsce uczelnia typu „Harward” powstać nie może (Paweł Dobrowolski, Harvard w Polsce nielegalny, „Rzeczpospolita”, 17.05.2012).

336 milionów złotych na wykształcenie około tysiąca młodych osób w wybranych, najwyżej notowanych uczelniach świata nie poprawia ani ich, ani, w szerszej skali, dostępu do wiedzy. Nie służy także poprawie wizerunku polskich uczelni. Najlepsi i tak bez pomocy rządu nie tylko dostają się, nie od dziś, na najlepsze uczelnie świata, ale też dostają stypendia, aby się tam kształcić. W świetle kryteriów racjonalnej polityki publicznej projekt ten przyniesie więcej strat niż korzyści. Być może to właśnie miał na myśli autor internetowego komentarza na temat projektu wysłania 100 zdolnych studentów na zagraniczne studia, pisząc, że bardziej racjonalny wydaje mu się zakup „pendolino”, gdyż ministerstwo infrastruktury mogło przecież kupić bilety na przejazd tym pociągiem we Francji.

Andrzej Sadowski, Prezydent Centrum im. Adama Smitha

Aleksander Surdej, Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie

Post scriptum

Ten komentarz napisaliśmy w maju 2015 roku, a jego druk zaproponowany został czołowemu polskiemu dziennikowi. Tekst się nie ukazał, ale na szczęście Minister Jarosław Gowin zawiesił realizację projektu. Sprawstwa sobie jednak nie przypisujemy, choć tekst krążył po korytarzach ministerstwa.